Rozważania na IX Niedzielę Zwykłą - 03.06.2018

 

    Fragment książki Eremity - "Wprowadzenie do modlitwy  mistycznej" - wydanej przez  Wydawnictwo eSPe - 2011   

 

DOTKNĄĆ JEZUSA 

  

Jękiem jesteś całej natury

pragnieniem ustawiającym nas w pionie,

pasją istnienia wszystkich bytów. 

To Ty jesteś duszą atomu,

siłą spójności skały,

zasadą jedności światów,

o Pasterzu gwiazdozbiorów.

 

  Zaakceptowanie swojego ubóstwa oznacza osiągnięcie pewnego punktu widokowego na górze bliskości z Bogiem.

 

  Podczas tego postoju zobaczymy innych pielgrzymów ducha, którzy wyruszyli po nas i wyprzedzają nas zuchwale, kierując się ku szczytowi góry. Zaczynamy myśleć, że obrali oni jakąś szczególną, nam nie znaną strategię. Teraz i my niecierpliwie chcemy dotrzeć na szczyt, czyli osiągnąć widoczne rezultaty duchowe, i denerwujemy się, jeśli mimo tak wielkiego zaangażowania widzimy, że On jest jeszcze daleko.

 

  To jest nierealistyczna wizja życia duchowego. Musimy przenieść uwagę z naszych obolałych nóg na Tego, który siedzi na szczycie i na nas patrzy.

 

  On, Pan, chce nam pomóc wejść na górę, bo darzy nas szczególną czułością. Co robi w pewnym momencie, widząc nas odrętwiałych? Schodzi do nas ze swojego szczytu i bierze nas w ramiona.

 

  Święta Teresa z Lisieux dobrze to pojęła. I tak oto większą część podejścia przemierzamy wtedy, kiedy - zniechęceni i zasapani - pozwalamy Jezusowi, aby nas pochwycił i zabrał ze sobą na wierzchołek.

 

  Przedstawiam tutaj symbole drogi duchowej, a jednak ten dotyk Boga, jest całkiem konkretną prawdą mistyczną. Teraz wiemy, że każdy duch nieuznający Jezusa Chrystusa, który przybył w ciele, jest duchem Antychrysta (por. 1J4,2-3; 2J1,7).

 

  Jako prawdziwy chrześcijanin muszę pomyśleć, że moje ciało i emocje są dziełem Boga, który chciał stworzyć właśnie mnie, a nie niezawodnego robota czy zwierzę, które powinno przeobrazić się w anioła. Jakaż by to była potworność!

 

  Jezus narodził się w ciele, żył w ciele, nauczał, radował się, modlił się, cierpiał i umarł w ciele.

 

  Zostaliśmy zbawieni nie przez archanioła uczynionego z pary wodnej, ale przez strumienie krwi, które wytrysnęły z ciała Jezusa, i przez Jego zmartwychwstanie w ciele.

 

  Należymy ponadto do ciała Kościoła będącego ciałem Chrystusa, nie zaś do grupy wyznawców jakiejś niezwykłej filozofii czy też nurtu etyki. Spożywamy ciało Chrystusa, przyjmujemy sakramenty, żyjemy słowem i liturgią - w konkretnych relacjach wspólnoty konkretnych osób.

 

  To wszystko opiera się na cielesnej rzeczywistości Chrystusa. On chce przyjść do nas nie w idei, w nostalgicznym wspomnieniu, doktrynie, ale w codziennych realiach naszej cielesności. Tertulian mówił, że dla chrześcijanina "ciało jest podstawą zbawienia" (łac. Caro cardo salutis).

 

  Dla chrześcijanina ciało nie jest zatem kłopotem, wiążącym duszę ciężarem, ale wręcz ołtarzem, głównym miejscem spotkania z Bogiem. To ciało wierzącego, a nie wiedza ezoteryczna dotyka tego, co Chrystus określił słowami: "To jest Ciało moje, które za was będzie wydane" (Łk 22,19).

 

  Nie możemy powtarzać błędu ludzi oczekujących Mesjasza przybywającego w chwale, wpatrujących się w przyszłość i radzących się wszelkiego rodzaju wieszczów, podczas gdy On już znajduje się pośród nas nierozpoznany! A gdzie Go znajdziemy?

 

  Znajdziemy go właśnie w ciałach i sercach innych ludzi. Chcemy ujrzeć Jego oblicze? Przyjrzyjmy się twarzy zwracającego się do nas potrzebującego bliźniego. Chcemy usłyszeć Jego głos? Wsłuchajmy się w kwilenie noworodka, w wiatr poruszający kwiatami i liśćmi. Chcemy Go dotknąć, bo uważamy za szczęściarzy chromych i ślepych z Ewangelii, którzy mogli to zrobić? Wyciągnijmy dłoń, aby podtrzymać upadającego brata, otwórzmy usta i przyjmijmy Chrystusa w postaci eucharystycznej!

 

  Niektóre nurty tradycyjnej ascetyki uczyły zasad zdecydowanego zwalczania konkretnych wad, długiego trwania w worze i w popiele, czyli praktykowania wyczerpujących pokut. Nazywało się to oczyszczaniem czynnym, czyli działaniem postanowionym przez grzesznika w kodeksie dyscyplinarnym, gdzie słowo dyscyplina oznaczało narzędzie samobiczowania.

 

  Czasami jednak nawet po dwudziestu czy trzydziestu latach religijnego życia konsekrowanego do człowieka docierało, że znowu znajduje się na początku drogi pokutnej, a stwierdzenie, że przez długi czas nie udało mu się osiągnąć wyższego stopnia doskonałości, prowadziło do zniechęcenia. To dlatego, że akcent kładziono bardziej na techniki zaskarbiania sobie łask Boga, niż na działaniu w nas Jego miłości. Wystarczy pomyśleć, że bł. Suzon (zm 1366), z którym później jeszcze się spotkamy, w wieku czterdziestu lat otrzymał od Boga rozkaz, aby wyrzucić do Renu wszystkie narzędzia pokuty!

 

  Święci asceci i mistycy bliżsi naszym czasom woleli wobec tego obierać inną drogę, która uświadamia człowiekowi przede wszystkim prawdę o naszej ludzkiej naturze. Jednocześnie przenieśli akcent z aktów pokutnych na oblicze Jezusa, jedynego Zbawiciela.

 

  Postanowili spotkać Go nie tyle na drodze przepełnionej surowością, bojaźnią i niepokojem, ile raczej tam, gdzie On może nas uwolnić od dręczących nas grzechów. Oto Zbawiciel, któremu można wyrazić pełną miłości dziecięca ufność w potęgę Jego miłosierdzia i łaski. Jednym słowem, związek poufnej przyjaźni, tajemnicze zaręczyny.

 

  Idąc tym tropem, dochodzimy do tego, co mistycy nazywają oczyszczeniem biernym; to chwila, kiedy Pan przejmuje inicjatywę, jeżeli pozwolimy Mu się dotknąć.

 

  Niezbędnym warunkiem owej zmiany relacji w naszym sercu jest szczere pragnienie, aby Jezus mocno nas pochwycił. Jeżeli możemy ofiarować mu choćby ślad tego pragnienia, wszystko staje się możliwe: "... i prosili, żeby przynajmniej frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć, a wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni" (Mt 14,36).

 

  Sygnałem tego uzdrowienia jest doświadczenie silnego pragnienia pogłębienia naszej modlitwy. Staramy się zatem porzucić modlitewną papkę, którą być może zadawaliśmy się wcześniej: powtarzanie pustych słów (por. Mt 6,7), pośpieszne Msze święte, kaleczone różańce, byle jakie uczestnictwo w sakramentach, złudne poczucie bycia w porządku (narcyzm), bez zgłębiania znaczenia praktyk religijnych (rytualizm). Albo porzucamy modlitwę, która była mówieniem do siebie, a nie do Boga, zwracaniem od czasu do czasu uwagi na to, co i komu się obiecuje. W takiej modlitwie pozostawialiśmy Najwyższego poza własnym sercem, bo nie chcieliśmy być posłuszni Jego woli (egocentryzm). Wreszcie dostrzegamy brzydotę tej modlitwy. Zaczynamy zauważać, że zwracamy się do Boga bez zaakceptowania negatywnej części nas samych - to fałszywa modlitwa, która pragnie zamaskować naszą prawdziwą tożsamość. Dostrzegamy, że wymyśliliśmy sobie fantastyczne ja i chcielibyśmy je sprzedać Bogu i naszym przewodnikom duchowym. "Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie" (Mt 15,8; Iz 29,13).

 

  Rozumiemy, że musimy postępować inaczej: naśladować trędowatego z Ewangelii, który potrafi tylko uklęknąć i wykrzyknąć: "Panie, jeśli chcesz, możesz mnie wyleczyć" (por. Mt 8,2-3). Otóż właśnie: z ust owego trędowatego wyszła najpiękniejsza modlitwa o ocalenie zwrócona do wiecznego Lekarza. Trędowaty potrafił odwołać się do wolności Chrystusa, jak gdyby chciał powiedzieć: "Ja wierzę, że możesz mnie oczyścić, wyleczyć, ale nawet jeśli tego nie zrobisz, nadal będę wierzyć w Twoje miłosierdzie nade mną".

 

  A zatem sekret wędrówki ku Bogu polega na tym, by zstąpić z piedestału naszej duchowej pychy, zejść do otchłani naszego serca, gdzie można znaleźć wszystko.

 

  Święta Teresa z Lisieux tłumaczyła pewnej nowicjuszce, że pokora znajduje się na dole, w dolinie, a nie na szczycie. To dlatego w śnie Jakuba aniołowie poruszający się po drabinie łączącej niebo i ziemię wchodzą do góry, ale również schodzą w dół i chociaż mają skrzydła, nie używają ich, lecz pieszo poruszają się - szczebel po szczeblu - zarówno w górę, jak i w dół (Rdz 28,10n).

 

  Błagający trędowaty, mimo cierpienia, nie niecierpliwi się, lecz oczekuje uzdrowienia: pokornie powierza się czułości Pana i czeka z ufnością.

 

  A co robi Jezus z trędowatym? Gest, który wykonuje, to dotknięcie chorego człowieka. Spełnia zatem akt niezgodny z przepisową czystością przewidziana przez Prawo Mojżeszowe. Konsekwencją takiego złamania reguł było coś w rodzaju ekskomuniki.

 

 

 

  Chrystus nie boi się pogardy legalistów i bez wstrętu dotyka naszych cuchnących ran. To typowy dla Niego sposób, aby dać się nam rozpoznać i wzbudzić naszą miłość.

 

  Powinniśmy się przyzwyczaić.

 

 

 

Design by Premium templates in association with Free Joomla 2.5 templates